Koszmar porodówki
24 lip

Koszmar porodówki

Nie ma takich słów, które opisałyby miłość matki do dzieci..

Nie ma nawet do czego porównać tego uczucia, które wypełnia kobietę od najmniejszego palca stóp po ostatni koniuszek włosa.

Jest bezwarunkowa i nieprawdopodobnie silna. Jeżeli wydawało mi się, że kiedyś kogoś tak bardzo kochałam to z całą pewnością mogę powiedzieć, że tak jak córki nie kochałam nikogo. Ale czy tak było od początku? Poród kojarzy mi się z czymś strasznym. Rzeźnia, na której wylądowałam jest nie do opisania.

Do dzisiaj na samą myśl przechodzą mnie ciarki, blady strach i stają mi łzy w oczach. Lekarz i położne, które towarzyszyły mi w trakcie rzekomego cudu narodzin upodliły mnie i doprowadziły na skraj psychicznej wytrzymałości narażając jednocześnie życia moich dzieci. Pomijam fakt, że zmuszono mnie do porodu siłami natury, bo położna tak wolała, byłam na to gotowa, ale brak wsparcia i komentarze „jest słaba psychicznie nie da rady”, „nie umie przeć nic z tego nie będzie” nie ułatwiały i nie pomagały w niczym.

Finalnie wyjechałam z porodówki na salę operacyjną i pod pełną narkozą i zagrożeniem śmiercią wewnątrzmaciczną moje dzieci przyszły na świat. Co czuje matka zaraz po przebudzeniu jak nie ma dzieci koło siebie, bo z racji wcześniactwa leżą piętro niżej? Ból, strach i ciągły płacz, bo miały być ze mną, bo miało być kangurkowanie, jak wyglądają? Czy są zdrowe?

I chcesz wstać i iść do tych malutkich istotek, które leżą same, bez mamy, bez taty, ale nie możesz, bo jesteś przykuta do łóżka i musisz odczekać swoje. Przepłakałam całą noc. Bolało mnie ciało, serce i dusza. Nie chciałam leżeć, chciałam iść do dzieci. Nastał nowy dzień, wreszcie, mimo bólu rany, zjechałam do maluchów. Leżały osobno w wygrzewarkach, kwilące, malutkie moje i tylko moje. Płakałam cały czas, że jestem z nimi i dlatego, że przez ból nie mogłam wysiedzieć dłużej niż 30 minut i musiałam jechać odleżeć swoje.

Nie mogłam przeboleć, że inne matki mają swoje dzieci przy piersi, a ja nie. Robiłam wszystko, żeby mieć pokarm, odciągałam, piłam herbatki na laktację, karmi, wszystko co tylko miało mi pomóc. Jak tylko byłam z dziećmi przystawiałam do piersi. Ale stres i wspomnienia porodu robiły swoje. Niestety dziewczynki musiały być dokarmiane. Kolejny cios przyszedł, kiedy jedna mogła być już ze mną, a druga z racji żółtaczki jeszcze nie. Chciałam rwać sobie włosy z głowy!!!!! Co się dzieje, przecież były zdrowe, a tu nagle jedną mam przy sobie druga dalej sama wśród nieprzyjemnych i niemiłych pielęgniar, które empatii nie znały w ogóle!

Chciałam do domu, wreszcie być matką, nosić i całować obie na raz, obie na raz przystawiać do piersi! Udało się dopiero po trzech dniach. Po kolejnych trzech wyszłyśmy do domu. W szpitalu spędziłam dziewięć dni. Dziewięć długich, pełnych rozpaczy dni, bez żadnej pomocy ze strony położnych i lekarzy. Zdana byłam tylko na siebie i rodzinę, która dzielnie mnie wspierała i codziennie mnie odwiedzała.

Niestety myśli związane z porodem wracały (teraz już mniej). Postanowiłam, że nie zostawię tego tak. Skoro mi się nie udało, może pomogę innej mamie. Zwróciłam się do szpitala o wydanie dokumentacji medycznej i skontaktowałam się z @fundacjarodzicpoludzku.

Na początku utrzymywałam z nimi kontakt, jednak z przyczyn mi nieznanych przestali odpisywać na maile. Może dlatego, że szpital w Radomiu jest wpisany na ich listę? Umarła ostatnia nadzieja, że może dzięki mojej interwencji coś się zmieni. Po wyjściu ze szpitala długo nie mogłam pogodzić się z tym co mnie spotkało. Walczyłam w myślach ze szpitalem prawie jak na wojnie.

Nie mogłam skupić się na macierzyństwie, byłam zła i obrażona na cały świat. Teraz, po dziesięciu miesiącach, mogę powiedzieć, że nieco ochłonęłam. Skupiłam się w 100% na dzieciach, kocham je bezgranicznie i chce być z nimi cały czas. Wynagradzają mi wszystko, a ich uśmiechy i słowo „mama” jest najpiękniejszym co mi się w życiu przydarzyło.

Jakie są Wasze historie porodowe? Może, któraś z Was miała podobny przypadek i chce się podzielić swoją historia? Jestem bardzo ciekawa! Pozdrawiam, J.

bonus